Strony: 1 2

O tym jak łączyć w sobie bycie „Bestią”, a zara­zem „Nauczy­cie­lem” świet­nie wie domi­na­tor z Bal­ti­more. Cor­sley Edwards to zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­styczny koszy­karz w tym sezo­nie TBL i jeden z naj­lep­szych środ­ko­wych w histo­rii ligi.

S.M.: Zosta­łeś MVP Meczu Gwiazd Tau­ron Basket Ligi i wyglą­dało na to, że czer­pa­łeś naprawdę sporo rado­ści z tego występu i nie był to uda­wany uśmiech pod publiczkę. Nie był to też twój pierw­szy udział w tego typu impre­zie, ale wycho­dzi na to, że cią­gle tłumy dają ci ener­gie, którą chcesz im oddać…

Cor­sley Edwards: Dokład­nie, zga­dzam się z tym, co powie­dzia­łeś. Tak naprawdę to świetne uczu­cie towa­rzy­szyło mi już od momentu, kiedy dowie­dzia­łem się, że fani wybrali mnie do pierw­szej piątki i oddali na mnie swoje głosy. Chcia­łem, aby ci, któ­rzy się na to zde­cy­do­wali zoba­czyli w Kato­wi­cach całego mnie, po pro­stu Cor­sleya Edwardsa, nie tylko koszy­ka­rza, ale kole­sia, który cał­ko­wi­cie kocha życie.

Aleksandar Mladenović, Śląsk Wrocław; Corsley Edwards, Anwil Włocławek (© K&M Ziółkowscy / foto.ziolo.eu)

Przy oka­zji dałeś im nie­złe wido­wi­sko, kilka naprawdę moc­nych zagrań.

Po pro­stu cie­szę się, kiedy gram w koszy­kówkę. Ja kocham tą grę. Także, jeśli daję z sie­bie wszystko i to do mnie wraca, wtedy jest to coś wspa­nia­łego. Mam tu na myśli to, co dosta­łem od tych wszyst­kich, któ­rzy wybrali wła­śnie mnie w gło­so­wa­niu na Meczu Gwiazd. Chcę zosta­wić coś po sobie, jakiś ślad na świe­cie, za sprawą swo­jej gry jak i po pro­stu bycia dobrym czło­wie­kiem.

Nato­miast, jeśli cho­dzi o te zagra­nia, które zapre­zen­to­wa­łem. Przed meczem niczego nie pla­no­wa­łem, nie wyobra­ża­łem sobie, że pokażę taki czy inny zwód. To wszystko przy­szło wła­śnie w trak­cie trwa­nia meczu. Zawsze biorę to, co daje mi obrona i punk­tuje rywala. Nigdy nie two­rzę planu tego, w jaki spo­sób mogę zdo­by­wać punkty na danym zawod­niku. Po pro­stu śledząc decy­zje defen­sywne dru­żyny prze­ciw­nej podej­muję kon­kretny ruch. Czy­tam obronę.

Wspo­mnia­łeś o tym, że chcesz zosta­wić po sobie jakiś ślad. Jak na razie jesteś na dobrej dro­dze, aby w Pol­sce fani koszy­kówki nie zapo­mnieli o tobie. Mówiąc jak naj­kró­cej, roz­gry­wasz bar­dzo dobry sezon, ale też pamię­ta­jąc twoje mecze z poprzed­nich lat, NBA, ACB, ale nie tylko i mając na uwa­dze, że cią­gle jesteś w odpo­wied­niej for­mie fizycz­nej, chyba zgo­dzisz się ze mną, że cały czas nie poka­za­łeś tak naprawdę wszyst­kiego, co masz…

Tak, to prawda. Mam jesz­cze o wiele wię­cej do zapre­zen­to­wa­nia. Tre­ner powie­dział mi, że jeśli będę chciał nadal się uczyć, roz­wi­jać, to cały czas mogę bar­dzo roz­wi­nąć swoją grę i mieć jesz­cze sporo, sporo do poka­za­nia w trak­cie meczów.

Myślisz, że przed tobą jesz­cze naprawdę wiele nauki, którą musisz wyko­nać?

Oczy­wi­ście, że tak, ponie­waż, jeśli poczuł­bym, że to jest już mój naj­wyż­szy poziom to nie miał­bym już nic wię­cej do osią­gnię­cia. A ja wiem, że mam jesz­cze wiele rze­czy, które mogę roz­wi­nąć w swo­jej grze. Chcę jesz­cze dużo osią­gnąć, wyko­nać. Zawsze czuję, że mogę jesz­cze pójść do przodu.

Co masz na myśli?

Drogę do tego, aby być jed­nym z naj­lep­szych w tym, co robię. Grę w koszy­kówkę na każ­dym pozio­mie. Tak, aby ludzie czuli, że chcą grać wła­śnie jak Cor­sley Edwards, a nie jak ci gra­cze, któ­rych oglą­dają teraz w NBA.

Nie masz jed­nak wra­że­nia, że w Pol­sce jest to trud­niej­sze do reali­za­cji, gdyż liga jest dla cie­bie w pew­nym stop­niu zbyt miękka pod wzglę­dem decy­zji sędziów, któ­rzy wyzna­czają gra­nice twar­do­ści gry.

Nie, ja to widzę tak, że to jest coś, do czego po pro­stu muszę się przy­zwy­czaić. Powiem szcze­rze, nie wku­rza mnie to, a jedy­nie spra­wia, iż czuję, że muszę robić coś ina­czej.

Na początku sezonu, kiedy jesz­cze nie wie­dzia­łeś, co cię czeka. Zupeł­nie szcze­rze, nie odczu­wa­łeś z tego powodu fru­stra­cji?

Było to fru­stru­jące, ale jako pro­fe­sjo­na­li­sta musisz się do tego przy­sto­so­wać, zna­leźć roz­wią­za­nie. Na tym to polega i nie przej­muję się już tym wię­cej.

Poroz­ma­wiajmy tro­chę o men­tal­no­ści. Myślisz, że ta jest teraz twoją mocną czy słabą stroną ?

W tym momen­cie to jest moja mocna strona, ponie­waż pomaga mi każ­dego dnia mojego życia, dzień po dniu.

Pytam, dla­tego, że widzę twoje dwa obli­cza. Z jed­nej strony widzę Cor­sleya Edwardsa, gościa, który chce domi­no­wać, jest dla tej ligi kimś w rodzaju Shaqa w latach 90 w NBA. Po pro­stu jest sku­piony na swoim celu, a w gło­wie „ma włą­czony tryb bestii”. Jed­nak, kiedy indziej widzę cię tro­chę poza meczem, naj­czę­ściej po „gwizd­kach” sędziów, z któ­rymi się nie zga­dzasz…

No tak to bywa dener­wu­jące, ale sędzio­wie to także ludzie i jak wszy­scy, robią błędy. Cza­sami nawet przy­znają mi się do złych decy­zji. A ja? Ja także nie jestem per­fek­cyjny, ide­alny. Przy­cho­dzi wie­czór, w któ­rym odbywa się mecz. Jest to wie­czór pracy. Jed­nak nie zawsze możesz być naj­lep­szym strzel­cem. Tak to wła­śnie widzę, jeśli cho­dzi o mnie. Wiem, że muszę wyko­nać także inną część roboty. Mam tu na myśli utrzy­ma­nie dru­żyny razem, aby wszystko dobrze dzia­łało. Przy tym sam muszę nie­źle funk­cjo­no­wać. Zaj­muję się także innymi rze­czami, nie tylko zdo­by­wa­niem punk­tów, jak poda­nie do wol­nego kolegi. Uwierz mi, że jeśli zespół będzie potrze­bo­wał, abym oddał ważny rzut to będę w tym miej­scu, w któ­rym powi­nie­nem i go wyko­nam. A „tryb bestii”… na boisku jest we mnie zawsze i nigdy mnie nie opusz­cza.

To uczu­cie nie zmie­niło się od czasu, kiedy gra­łeś jesz­cze w NCAA i jako dzie­ciak chcia­łeś ury­wać głowy rywali i zdo­mi­no­wać grę?

Dokład­nie tak. Zaczy­nam wcho­dzić w ten tryb zaraz po tym, kiedy wstaję w dniu meczu. Wtedy to się włą­cza. To już jest dla mnie prak­tycz­nie rutyna i powiem, że lubię to.

Czy­taj dalej…

Strony: 1 2

Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady

Powiązane tagi: , , ,



Komentarze czytelników (0)